Ostatnie kilka miesięcy wiele zmieniło w moim życiu. Chociaż nie wydarzyło się nic spektakularnego, ani przeprowadzki, ani nowej pracy, ani nawet większych wakacji, to czuję, że wskoczyłam na kolejny poziom i w końcu mam w sobie siłę, aby iść dalej.

Generalnie wszystko było stabilnie i choć to dla mnie ogromna zaleta, a stan równowagi jest tym, do czego dążę, to w środku czułam, że doszłam do ściany. Zapętlając się w codzienną rutynę, straciłam gdzieś po drodze radość i sens. Było w porządku, poprawnie, tak, że w sumie nie ma na co narzekać. Jednak co jakiś czas pojawiało się we mnie zwątpienie czy droga, która podążam, prowadzi mnie w dobrym kierunku. Mogłam jechać dalej, wskoczyć w inny pociąg albo przyłączyć do kogoś i iść jego śladem. Coś mi jednak podpowiadało, żeby się zatrzymać. Nie podejmować radykalnych decyzji, poczekać. To był najlepszy prezent, jaki mogłam sobie podarować.

CZAS.

Zastanówcie się teraz jak często jesteście tak totalnie sam na sam ze sobą. Bez uciekania w wir zajęć, spotkań towarzyskich, zaglądania w telefon.  Problemy czy decyzje powierzamy najbliższym, styl życia warunkujemy otoczeniem, a marzenia stają się zlepkiem tego, co widzimy na instagramie. Jak coś jest nie tak, wypijemy wino, wyjedziemy na weekend, minie. Są różne sposoby na wyparcie. Na dłuższą metę nie da się jednak zagłuszyć swojej duszy. Prędzej czy później objawi się mniej lub bardziej poważną chorobą, a szczęście uznamy za stan przejściowy.

Myślałam, że taką po prostu mam osobowość, że melancholia to moje drugie imię. Może trzeba osiągnąć sukces na dużą skalę, poszerzyć grono znajomych, wyruszyć na wycieczkę w odległe miejsce? Teraz myślę, że to tylko pogłębiłoby wewnętrzną pustkę i dało jedynie chwilową satysfakcję. Można się upiększać, dokształcać, zmienić partnera, wyjechać, ale to nic nie zmieni. Rozwiązanie było we mnie, nie wymagało nakładów finansowych ani bezpośredniej pomocy z zewnątrz. Wystarczyło tylko dobrze się sobie przyjrzeć, lepiej poznać i zacząć pracować, aby poprawić komfort życia.  Jestem delikatna, bo moja dosza to wata, ale jak zjem ciepłe śniadanie, będę czuła się lepiej. Pod koniec miesiąca jestem bardziej nerwowa i niespokojna, ale to dlatego, że wtedy rozpoczyna się mój cykl i jeśli tylko w odpowiednim czasie to zauważę, będzie mi łatwiej nad tym panować. Jeśli zaczynam dzień w pośpiechu, kończę w bałaganie i jeszcze dowalam sobie przed snem porównując się z innymi, to będę zadowolona? Nie ma takiej możliwości. Proste rzeczy.

sukienka – dobrze / buty – superga

Gdybym się nie zatrzymała, zaczęłabym nosić na sobie coraz większy ciężar i choć teraz wcale nie jest jeszcze idealnie, to wiem już, jak go z siebie ściągać. Uczę się oddychać pełną piersią. Motywuję, aby wstać przed chłopakami, żeby posłuchać mantry i pomedytować. Wieczorem czytam i napełniam dobrym słowem. To codzienna praca, ale jeśli nie znajdziemy dla siebie czasu, pojawią się większe problemy. Kłótnie o drobiazgi, nieuzasadniona złość, niezadowolenie z relacji, wściekanie się na dzieci, to w zasadzie kłopoty, które fundujemy sobie na własne życzenie. Składamy się z niespełnionych oczekiwań wobec siebie i świata, a jak tylko okażemy sobie troskę i uwagę, wszystko rozsypuje się jak domek z kart.

Wiem, że jestem w uprzywilejowanej sytuacji. Nie ciąży nade mną kredyt, nie muszę pracować w miejscu, którego nie lubię. Mam wsparcie i niczego mi nie brakuje. Rozumiem, że nie można ot tak wszystkiego rzucić, ale nie trzeba od razu zmieniać całego życia, wystarczy zacząć od nastawienia. Nawet jeśli teraz nie możesz przystanąć na dłużej, to daj sobie popołudnie raz w tygodniu, 10 minut każdego ranka, a kolejny urlop poświęć sobie i krok po kroku zacieśniaj tę przyjaźń.