Enjoy

Spędziłam ostatnio 7 godzin na izbie przyjęć w szpitalu. Generalnie więc mogłabym narzekać, że polska służba zdrowia chujowa, że za co ja płacę, że lekarze nic nie robią, no sami wiecie jak jest. Staram się jednak każde takie doświadczenie wykorzystać i wyciągnąć wnioski z korzyścią dla siebie.

Nie jestem panikarą i hipochondrykiem, tego dnia jednak czułam ból tak ogromny jakby chciał ze mnie wyjść 8 pasażer Nostromo z grupką kolegów, co przyjechali na wakacje. Dzielnie jednak pojechałam do pracy, no bo przecież przejdzie i pewnie nic poważnego. No nie. Zadzwoniłam w końcu po karetkę, bo telefonicznie dostałam tylko informację, że do rodzinnego, nospę mogę sobie sama kupić, dziękuję. Pojechałam, czekałam, bo leczenie polega głównie na czekaniu, na wyniki, na lekarza, na cośtam. W międzyczasie przestało prawie fizycznie boleć, za to zaczęło boleć w środku.

Przez 7 godzin przyjmowano nowych pacjentów, a ci bez miejsca wracali jak ja, z badań pod kroplówkę. Widziałam starość i bezradność. Wyższość ciała nad człowiekiem, który chociaż by chciał, to odbiera mu ono godność i sprawia, że obrzyguje się na środku korytarza i przeprasza, bo wolałby poopowiadać anegdotki niż opluwać wymiocinami. Widziałam głupotę i brak szacunku do życia, uszkodzony kręgosłup i łzy w oczach matki. Trochę brudu i wstyd.

I siebie w tym wszystkim. Na szczęście nic groźnego, pijcie dużo wody, bo kamienia na nerce nie życzę najgorszemu wrogowi.
Do czego zmierzam?

Następnego dnia wstałam bez bólu, czując się jak po długim urlopie, z energią, że można góry przenosić. Zrobiłam więcej niż czasem robię w tydzień, bez marudzenia, za to z wdzięcznością. Że mogę. Że mogę wszystko dopóki jestem zdrowa. Dopóki mam sprawne ręce i umysł nie mam prawa narzekać, będę miała tyle, na ile sama zapracuję. Nie muszę mieć wszystkiego, istotą jest dążenie a nie tylko cele. Tym bardziej materialne. Mamy piękną pogodę, wolność i siebie. Życie jest kurwa piękne i pamiętajcie o tym codziennie, bez wizyty w szpitalu.

IMG_20150609_145745