Dzień dobry, wszyscy umrzemy

Pomyślicie co to za pesymistyczny tytuł, ale ja uważam, że to hasło jest wyzwalające i pozwala spojrzeć na życie z innej perspektywy. Ostatnio dużo myśli kłębi mi się w głowie – czytam fantastyczną książkę, o której na pewno jeszcze napiszę, wyprawa na Nanga Parbat, sprawy rodzinne. To wszystko sprawiło, że mam ochotę jeszcze bardziej nad sobą pracować. Wyluzować, nie drążyć, olać pewne kwestie. Cieszyć się i kochać. Pewnie stąpać swoją ścieżką, zbierać doświadczenia, nie skupiać się tak bardzo na samym celu.

Lubię planować, to daje mi poczucie spokoju, czuję, że ogarniam i mam kontrolę. Jednak zauważyłam, że sam etap planowania cieszy mnie bardziej niż wykonywanie zadań, a gdy się nie uda czuję smutek i rozżalenie. Po co? Nic się nie stanie jak czegoś nie zrobię, jak okaże się, że dzieci potrzebują mnie bardziej niż moje ambicje, których spełnianie wcale nie daje więcej satysfakcji niż wieczór spędzony na przytulaniu w łóżku. Niestety często dostrzegam to dopiero po czasie. Czasie, który mam teraz, ale już jutro może go nie być.

Wydawać by się mogło, że gdyby każdy odpuścił świat by się zawalił, a jest dokładnie odwrotnie. Jeśli wszyscy ograniczylibyśmy potrzeby i czerpali radość z prostych rzeczy, byłoby zdecydowanie piękniej, zdrowiej i nie eksploatowalibyśmy Ziemi do granic możliwości. Może znów byłaby śnieżna zima i gorące lato, mniej narzekania i więcej miłości.

Nie wiem. Pewna jest tylko zmiana. I śmierć. Więcej nic.