Być szczęśliwym na Alasce

Zacznę od tego, że poradniki czytam sporadycznie. Głównie dlatego, że w ogóle nie lubię, gdy ktoś mi mówi jak mam żyć, czuć czy myśleć, ale też szansa, że trafię na taki, który faktyczne wniesie coś do mojej codzienności i napisał go ktoś o podobnej wrażliwości nie jest zbyt duża. W tym przypadku było zupełnie inaczej, mimo, że podchodziłam do lektury sceptycznie, pewnie jak większość z was, na zasadzie no zobaczymy co Ty Panie Mądralinski możesz wiedzieć, skoro na pewno jesteś w zupełnie innej sytuacji.

Na szczęście miło się rozczarowałam i chociaż nadal nie jestem oazą spokoju tryskającą bez przerwy wewnętrzną radością, to jest spoko, nawet jeśli warunki komuś innemu mogą wydawać się niesprzyjające. Wiadomo, że książki są tylko drogowskazem, iskrą, która zmotywuje do pracy nad sobą, ale nikt tej roboty nie wykona za nas i nie ma co się łudzić, że samo przeczytanie czegoś odmieni nasz świat.

Rafael Santandreu jest psychologiem i bardzo dużo przykładów wynika z jego doświadczenia, bo to, prócz wiedzy, bardzo ważny element. Teoretycznie wszystko wydaje się banalne, bo przecież każdy ma takie same szanse, a życie jest w naszych rękach. Jednak jak doda się do tego warunki zewnętrzne, to niestety nie zawsze jest tak łatwo rzucić to wszystko i jechać w Bieszczady. Autor nawet nie sugeruje, aby tak robić, jego sposobem na zadowolenie jest zmiana sposobu myślenia, tak, aby ten stan nie był tak bardzo zależny od naszego położenia. Mogłabym przepisać całość, ale podam tylko kilka sposobów, które bardzo do mnie trafiły:

  • wyrzec się  – należy nauczyć się żyć w poczuciu, że nasze szczęście nie leży w przedmiotach, stanie konta czy wygodach. To są rzeczy zmienne i tak naprawdę zaspokajając podstawowe potrzeby jak jedzenie i picie nic więcej nam nie trzeba. Cała reszta potrzeb jest wymyślona i zapętlamy się w gonitwie o więcej – kasy, wakacji czy nawet spokoju, który u mnie jest luksusem, ale nawet jak w domu jest brudno i głośno, to nie powinno wpływać na mój nastrój. Tak samo jak lajki pod zdjęciami czy pochwały z zewnątrz.
  • docenić to, co nas otacza – niby nic, a jak niewiele z nas to robi. Będąc na wycieczce w nowym miejscu bacznie obserwujemy, robimy zdjęcia, zachwycamy się drobiazgami. W miejscu, w którym spędzamy czas na co dzień nie ma już tej ekscytacji i nawet mając na wyciągnięcie ręki piękno – morze, park, architekturę ignorujemy to czekając na „inne”. Zawsze u sąsiada jest bardziej zielona, a na naszym podwórku widać tylko wady. Czy to nie bez sensu?
  • nic nie jest ważne – poza miłością do ludzi i życia. No i faktycznie, czy coś by się stało jakbym nagle zniknęła? Nic. Nie oznacza, to że nie jestem potrzebna czy mało wartościowa, ale nie jestem niezastąpiona. Jak każdy z Was.
  • nauczyć się nic nie robić – nadal nad tym pracuję, bo przecież zawsze jest coś do zrobienia. Próbuję jednak odrzucić poczucie, że muszę i odpoczynek traktować na równi z pracą. Zrelaksowane ciało i umysł da więcej niż wyeksploatowane do granic możliwości. Widzę, że kiedy odpuszczam, to w ostatecznym rozrachunku tylko na tym zyskuję, nawet jak w pierwszej chwili mogłabym potraktować to jako porażkę.
  • wszyscy jesteśmy równi – ale jak to? Przecież cały czas nastawieni jesteśmy na bycie lepszymi, a jak nie będziesz się uczył, to skończysz jak ta pani na kasie. Tylko pani na kasie może być dużo szczęśliwsza od zachłannego pracoholika, a on może będzie od kogoś w czymś lepszy, ale wtedy automatycznie będzie też od kogoś gorszy, a to frustrujące. Przyzwyczajamy się do roli społecznej i ciągłej oceny w każdej z nich, co blokuje swobodę i wolność. Boimy się ośmieszyć, wyjść na mniej ładnych czy inteligentnych niż byśmy chcieli. Ale wcale nie musimy tacy być, wystarczy być dobrym człowiekiem.

Znajdziecie tam jeszcze wieeele sensownych porad i przykładów, więc bardzo polecam. Książka napisana jest lekkim językiem, bez filozofowania i czyta się ją z przyjemnością. Ja na pewno sięgnę po nią kolejny raz, bo niestety nie da się od razu wszystkiego wypracować. Jednak warto próbować, każdego dnia.