30

Skończyłam właśnie 30 lat. Rano, zamiast kwiatów, dostałam okres. Niby dobrze, bo organizm działa i w ciąży nie jestem, ale ból brzucha nie był tym, o czym marzyłam. Zjadłam lekko już podsuszoną babkę, wypiłam kawę i nawet nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie to dotknie. Niby tylko liczba, nie taka też znowu duża, ale z drugiej strony to przełom, który zmusza do podsumowań i rozliczeń. A że raczej rzadko jestem skłonna do głaskania się po głowie, to zrobiło mi się smutno, że właściwie to zbyt wiele nie osiągnęłam, wiele nie umiem i daleko mi do sukcesów. Nie liczyłam na fajerwerki i nie lubię świętować urodzin, ale momentami jakby bipolar każe być rozczarowanym, że nie wyskoczył królik z pudełka zawodząc smętne sto lat.

A potem przyszedł do mnie syn i mówi: Mamo, a jak już będę miał 18 lat, to zrobimy sobie selfie. Wszyscy razem, ja, ty, tata, Kostek i Dila i koty –  żebym Was nigdy nie zapomniał. Wtedy łzy popłynęły mi jak grochy i uświadomiłam sobie, że jednak mam wszystko. I tyle jeszcze przede mną.