Lubię sobie raz na jakiś czas zrobić podsumowanie. Określić co mi się podoba, wytknąć błędy, spojrzeć w przyszłość. Chciałabym mocniej skupić się na stronie wizualnej, a że ona często dobrze oddaje to, co dzieje się wewnątrz, to mam nadzieję zgrabnie połączyć tę „próżną” stronę z głębszymi tematami, ale absolutnie bez filozofowania 😉

No a u mnie lato pełną parą, mam teraz większą ochotę na kolory, nietypowe połączenia i taki eklektyczny, luźny styl. Na pewno wielu osobom idealnie przemyślana garderoba, złożona tylko z  kapsułowych elementów, ułatwia życie, ale jestem wrażliwa na bodźce estetyczne i taka totalna ‚czystość’ szybko mnie nudzi i nie daje satysfakcji. Potrzebowałam takiego momentu, aby się zatrzymać, oczyścić szafę, zastanowić, na ile to ja, na ile trendy. Skompletowałam sobie bazę, ale nadszedł czas na to, aby wpuścić trochę powietrza. Doszłam do tego, że tak samo dobrze czuję się nieumalowana w dresie, jak w sukience i makijażu, uwolniłam się od ram i wizerunku. Myślę, że bez chwilowego detoksu nie byłoby to możliwe.

Jedyne co nie wróciło, to pogoń za modą. Oczywiście, dobrze wiedzieć, co aktualnie dzieje się na świecie, ale korzystać z trendów tylko w zgodzie ze sobą, a nie ślepo powielać i przebierać za kogoś innego. Nie interesuje mnie jednak, czy dany kolor czy fason jest na topie, jeśli mi się podoba, będę nosić. Chcę dać sobie więcej luzu, czerpać radość, bez analizowania.

Nadal staram się robić sensowne zakupy, ale bez popadania w skrajność. Na początku roku zrobiłam sobie listę, ale była bardzo racjonalna, tworzona rozumem, a przecież jest jeszcze serce. Pozwalam sobie na instynktowne działanie i jeśli mam ogromną chęć na spodnie w kolorowe kwiaty, które nie są ani klasykiem ani rzeczą bazową, ale pasują do innych rzeczy w mojej szafie i będę miała jak i kiedy je nosić, to sobie nie odmawiam. Pierwsze kroki kieruję do stronę sklepów z odzieżą używaną i polskich marek, ale pandemia obnażyła kilka smaczków i zmusiła do zakupów online, więc stałam się bardziej krytyczna. Najważniejsze jest a) nosić daną rzecz b) abym czuła się swobodnie – jeśli oczy zaświecą mi na widok sieciówkowej propozycji, to zgrzeszę, bo jestem w stanie ocenić czy to nie fanaberia na jedno wyjście. Raz na jakiś czas, nie dwa razy w miesiącu – cały czas mam świadomość, że nawet drobiazg, to mój udział w niszczeniu środowiska. Zamawiając rzeczy z drugiej ręki często musiałam iść na kompromis, przez to później ich nie nosiłam. Niby ogólnie były tym czego szukałam, ale detale sprawiały, że nie było miłości. Tydzień temu odważyłam się znowu odwiedzić stacjonarny lumpeks, przeżyłam i to z całkiem owocnym rezultatem, więc mam nadzieję, że ponownie tam będę realizować stylistyczne fantazje. Natomiast małe marki, które oferują coś więcej niż basic (chociaż mam garść ukochanych, na pewno będę chwalić), często mają tak wysokie ceny,  że nawet jak mogę sobie pozwolić, to zwyczajnie mi szkoda. Chcę siadać na trawie i jeść owoce kapiące po łokciach, nie potrzebuję ciuchów na specjalne okazje. Mam więc pewien opór, bo wiem, że za tyle pieniędzy można kupić bardziej przydatne rzeczy niż bluzkę, którą mogę zniszczyć w jeden wieczór. Rozumiem co na tę cenę się składa, itd., ale wiem też, że nie jestem damą popijającą prosecco w modnej knajpie, tylko dzikuską biegającą po polach. Coś ekstra od czasu do czasu, tak, to miłe, ale bez snobowania dla samego posiadania.

Jestem ciekawa jak okres pandemii wpłynął na Wasze wybory i styl? Słodkie c’est la vie czy matematyczna analiza?

spodnie – Reserved / top – Mango / kapelusz – Hat Factory