Wiecie kiedy zaczęłam się lepiej ubierać? Kiedy zaczęłam myśleć! Powiecie, że przecież każdy to robi, ale większość intencji jest teraz dla mnie zupełnie niezrozumiała. Nie stosowałam się do żadnych zasad (i nie sugeruję tu korzystania z ogólnych poradników/analiz/typów sylwetki), a wybory były spontaniczne, kierowane bardziej emocjami niż rozumem. Oglądając ‚stylizacje’ sprzed lat mam czasem rumieniec zażenowania, ale to nic, to jak wyglądałam/wyglądam w żaden sposób mnie przecież nie definiuje. Może dokonywałam głupich zakupów, ale to nie znaczy, że jestem głupia – wyciągam wnioski i idę dalej. Czasem oczywiście nadal mam poczucie, że moja szafa pozostawia wiele do życzenia, ale dzieje się tak wtedy, gdy zaczynam się porównywać, a to nic dobrego. Odganiam to od siebie i myślę, jak łączyć MOJE ubrania, w czym JA się dobrze czuję i o co MI chodzi w pracy nad MOIM stylem. Nie zawsze wychodzi idealnie, ale to nic, wyciągam wnioski i idę dalej.

Po letnich szaleństwach wyrzuciłam praktycznie wszystkie wzorzyste i pstrokate ubrania. Zostawiłam tylko paski, których kiedyś nie lubiłam, bo wydawały mi się nudne i pretensjonalne. Wystarczyło jednak, abym zaczęła je interpretować po swojemu i teraz idealnie dopełniają proste zestawy. Wzór ze swetra był punktem wyjścia – jasne powtórzyłam na spodniach, ciemne na płaszczu, butach i dodatkach. Gdybym wybrała niebieskie jeansy, a tak robiłam dotychczas, całość byłaby nadal poprawna, ale zaburzyłyby czystość zestawu i nie byłby to efekt, o który mi chodzi. Skąd to wiem? Pomyślałam, zanim się ubrałam i wyszłam z domu.

płaszcz, jeansy  -sh / sweter – mbyM / botki – Vagabond

Jeśli uważasz, że moja obecność tutaj wnosi coś do Twojego życia i ma jakąś wartość, możesz postawić mi kawę.

To dla mnie dodatkowa motywacja i znak, że warto.

Dziękuję!