Pamiętacie czas, gdy szczytem sukcesu blogerek modowych były wielkie garderoby albo szuflady wypełnione kosmetykami? Ach, jakie to wspaniałe mieć nieograniczoną ilość ubrań i butów, codziennie występować w innej stylizacji. Myślałam, że to już dawno za nami i epatowanie nadmiarem jest już nawet w złym guście. Od czasu do czasu zaglądam jednak na YouTube i zaczęły mi się wyświetlać filmy z serii: wydałam 2000zł w Zarze mające po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy wyświetleń! Myślałam, że to może jakaś prowokacja czy chęć pokazania, że to niepotrzebne, a za taką kwotę można kupić coś naprawdę super zamiast torby sezonowych zachcianek, ale nie. Wydałam 2000zł w Zarze i jestem z tego dumna. Pomijam, że to jest po prostu głupie, bo za tyle kasy można się pięknie i etycznie ubrać. To jest szkodliwe społecznie! W  czasie, gdy każdy powinien przyjrzeć się swoim wyborom, promowanie konsumpcjonizmu musi być piętnowane. Dorosłe kobiety przekazują nastolatkom (bo nie zakładam, żeby odbiorcami były osoby chociażby 25+) szkodliwe wzorce i na tym budują swoją popularność.

Jakieś 10 lat temu może sama bym się tym zachłysnęła, bo brakowało mi świadomości. Nie wiedziałam nic o produkcji ubrań, o stanie środowiska, o moim wpływie na jego stan, nie czułam odpowiedzialności. Tyle, że mamy 2021, gdzie z każdej strony napływają do nas informacje i trzeba być nie lada ignorantem, żeby tego nie zauważyć.

Jednocześnie jesteśmy w momencie, kiedy dużo mówi się o kobiecym wsparciu i każda krytyka odbierana jest jako hejt. Sama dostałam kilka nieprzyjemnych wiadomości, gdy ujawniłam nieetyczne działanie jednej z marek biżuteryjnych prowadzonej przez kobiety. Jak tak można, gdzie kobieca solidarność. Powiem Wam, że moja solidarność kończy się wtedy, gdy niewiedza i naiwność innych wykorzystywana jest do osiągania swoich celów, a jak wiadomo najczęściej są to pieniądze. Zatem dziewczyny nie bądźmy dla siebie takimi pindami – nie promujmy nierealnego wizerunku, nie wmawiajmy nikomu, że pełne szafy modnych szmat są spoko, nie żerujmy na słabości i kompleksach.

Wybaczcie, musiałam to z siebie wyrzucić.

Teraz do brzegu. Nie jestem ideałem, absolutnie. Nie wykluczam nawet, że nabędę coś z sieciówki. W dalszym ciągu mam za dużo rzeczy i moda jest moją słabością. Mam nadzieję, że jedno się już jednak nie zmieni i zawsze będzie mi przyświecać motto: mniej znaczy więcej.

Jedna porządna sukienka, w której czuję się pięknie i komfortowo. Jedne wygodne buty, które nie popsują mi wyjścia. Jedna praktyczna torebka, która pasuje do każdego stroju. Oczywiście można mieć więcej, osobiście nawet sobie nie wyobrażam, aż tak minimalizować, ale niech wybór będzie świadomy. Zamiast pięciu takich sobie zawsze korzystniej kupić jedno, ale lepsze jakościowo i odpowiadające naszym potrzebom.

Powinniśmy wiedzieć kto i gdzie wyprodukował nasze rzeczy. Z jakich są materiałów, przewidzieć czy nie zniszczą się zbyt szybko i czy faktycznie będziemy je nosić. Zastanówmy się co lubimy i do jakiego wizerunku zmierzamy, bez tego łatwo można dać się omamić i wydać, o losie, 2 tysiące w Zarze.

Sukienka – Osnowa / buty – Balagan / torebka – Jil Sander vintage

Postaw mi kawę na buycoffee.to