Raw cosmetics / Jan Barba

Jak wspominałam we wcześniejszych kosmetycznych wpisach, próbuję sama sobie robić mazidła i w kwestii pielęgnacji staram się być jak najbliżej natury i nie nakładać sobie na skórę chemii. Kolorówka dostarcza mi jej aż nadto. Czasem jednak skuszę się na gotowy produkt, zwłaszcza gdy wypełniony jest po brzegi dobrocią i zapakowany w piękną butelkę. Markę Jan Barba, za którą stoi Marta i Bartosz, polecałam Wam w ciemno, gdy tylko trafiłam na ich stronę. Wczoraj dostałam swoje pudełeczko i mogę tylko potwierdzić, że miałam rację :)

Ciemne szkło w przypadku naturalnych kosmetyków to konieczność, jednak opakowania Jan Barba to mistrzostwo – ciężkie ciemnofioletowe z ładnymi etykietami, stoją w równym rzędzie z perfumami i aż ma się ochotę po nie sięgać. Dopiero od jakiegoś czasu tonizuję skórę, bo to podobno konieczność i ważny etap wieczornej toalety, ale nie miałam sprawdzonego płynu i posiłkowałam się hydrolatem. Sama nie byłaby w stanie skomponować sobie tak bogatego i przemyślanego toniku,  a teraz rano i wieczorem przecieram twarz ziołami z dodatkiem witamin. Na pewno po wydobyciu zawartości odeślę butelkę i poproszę o kolejną, bo to bardzo przyjemny rytuał. Dodatkowo można sobie zamówić bawełniane płachty (uwielbiam!), nasączyć i zapewnić chwilę relaksu. Jeżeli przywykliście do sztucznych zapachów, woń toniku może Was zaskoczyć, ale mnie się bardzo podoba, piękna polska wieś.

Mam też delikatny krem z olejami i  masłem shea, który może być stosowany również u dzieci. Lekki tłuścioch, ale po wmasowaniu ładnie się wchłania i skóra robi się gładziutka jak u niemowlaka, więc synowie pozwólcie, ale zostawię go dla siebie ;)