KUCHNIA

Obiad w 15 minut – zupa miso

Nigdy nie byłam fanką rosołu i nawet najlepiej przygotowany nie jest czymś, za czym mogłabym tęsknić na bezmięsnej diecie. Wywar z warzyw też nie należy do moich faworytów, natomiast jeśli zabrakłoby w mojej lodówce pasty miso, byłoby mi trochę smutno. Zupa z jej udziałem, to zdecydowanie mój ulubiony bulion i zarazem ‚comfort food’ – szybki w przygotowaniu, pełen smaku i wartości odżywczych.

POTRZEBUJEMY: 

  • litr wody
  • makaron – używam chow mein albo soba
  • pasta miso, u mnie shiro – najdelikatniejsza, ale też najmniej wartościowa
  • garść glonów, aktualnie mam wakame – można użyć też bulionu dashi, ale zawiera suszoną rybę i nie jest wegetariański
  • dodatki wg uznania, u mnie dziś:
  • tofu wędzone podsmażone z sosem teriyaki i sezamem
  • gotowane jajko
  • gotowana marchewka
  • plastry awokado

Podane składniki wystarczą na 3 solidne porcje.

PRZYGOTOWANIE

Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie dodatków, a tu macie naprawdę duże pole do popisu i możecie dorzucić swoje ulubione smakołyki. Sama zupa to kilka minut.

Po kilku próbach wypracujecie sobie najlepszy dla siebie system, ja Wam mogę tylko podpowiedzieć jak procedura wygląda u mnie.

Do garnka wlewam litr wody i gotuję w nim pokrojoną w plastry marchewkę wraz z garścią glonów. W międzyczasie przygotowuje makaron, gotuję jajka i podsmażam pokrojone w kostkę tofu. Wyłączam gaz, dodaję do wywaru pięć łyżek pasty miso i dokładnie mieszam. Wszystkie składniki układam w miskach i zalewam bulionem.

Do bulionu można dodać odrobinę sosu sojowego lub chilli jeśli lubicie bardziej intensywny smak. Nazwy produktów na początku brzmią tajemniczo, ale nie zrażajcie się, nie są trudno dostępne. Podczas tygodnia azjatyckiego w Lidlu można dostać nawet gotowca w postaci saszetek z pastą i glonów z dymką.

SMACZNEGO!

Metamorfoza kuchni / zrób to sam

Oj ma się ze mną ta moja kuchnia. Nie dość, że sporo gotuję i notorycznie ją brudzę, to jeszcze po raz kolejny zachciało mi się ją przemalować. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, bo efekt jest całkiem niezły i jeśli chcecie niewielkim nakładem kosztów i pracy odmienić wnętrze, to zapraszam.

Pierwsze malowanie odbyło się ok. 1,5 roku temu i już słyszę jojczące glosy tych, którzy polubili różową lodówkę. Ja też ją lubiłam, ale po remoncie po prostu przestała pasować i trzeba było mieszkanie ujednolicić. Dla tych, którzy nie wiedzą jak kuchnia wyglądała pierwotnie – klik. 

Szczerze mówiąc też trochę się bałam efektu, gdy zrobiłam pierwszą smugę czarną farbą. Wydała mi się za ciemna i zbyt wybijająca się na tle mebli, ale koniec końców uważam, że pasuję i był to dobry krok.

Ale od początku. Po położeniu białej podłogi, szare fronty zupełnie nie składały się w całość z częścią jadalną, więc naturalnym było ich przemalowanie. Niejeden pewnie poleciałby do sklepu po nowe meble, ale uważam, że najpierw warto wykorzystać potencjał tego, co już mamy, a jeśli się nie uda, szukać innego rozwiązania. Wiedziona doświadczeniem zabrałam się za to inaczej niż ostatnio i teraz wszystko maluję tak jak płytki podczas pierwszej metamorfozy. Z ręką na sercu, mimo szorowania farba trzyma na nich genialnie, czego nie mogę powiedzieć o szafkach i produkt dedykowany do malowania mebli po jakimś czasie zaczął wycierać się przy uchwytach. Czas pokaże jak będzie teraz, ale celowo zwlekałam z publikacją i póki co brak zastrzeżeń.

Zakupiłam więc podkład, który jest sprawcą zamieszania i po nałożeniu go na wszystkie malowane powierzchnie, potraktowałam go farbą do ścian, którą malowaliśmy całe pomieszczenie. Żeby nie było całkiem matowo zabezpieczyłam jeszcze całość cienką warstwą lakieru i voila. Jest to rozwiązanie bardzo praktyczne, bo w momencie, gdy będę zmuszona do naniesienia poprawek, co przy dzieciach i kotach jest nieuniknione, nie muszę kupować różnych puszek do każdej rzeczy – jedna w zapasie do ścian i mebli znacznie upraszcza sprawę. Tak samo odświeżyłam też stół i szafkę ze zdjęć niżej, wszystko można odmienić.

Podsumowując,  jeśli chcecie przemalować meble i płytki potrzebujecie:

przy płytkach kończymy w tym miejscu, do mebli warto zastosować jeszcze:

  • bezbarwny lakier do wnętrz – na przykład taki 

Przechodzimy do lodówki:

Proste, prawda? Do malowania zawsze stosuję wałki typu flock, pędzel tylko do wykończeń, bo na całości zrobi wam smugi.

Strasznie drażnił mnie biały wyświetlacz na lodówce, ale i na to znalazłam sposób – zdjęcia chłopaków prezentują się w tym miejscu o niebo lepiej.

GIF

To oczywiście nie koniec i zawsze jest jeszcze coś do poprawienia. A to blaty czy zlew, nowe krzesła trzeba kupić (i śrubki do gałek w szufladach sklerotyczko), ale powoli zmierzam do celu i dzięki małym kroczkom widzę ogromną różnicę pomiędzy mieszkaniem zaraz po wprowadzeniu, a tym co mamy teraz :)  Zatem wałki w dłoń i do dzieła, do świąt jeszcze sporo czasu.

Urodziny / na słodko

W weekend świętowaliśmy urodziny Antka – wyobrażacie sobie, że mój mały chłopiec ma już 6 lat i lada moment pójdzie do szkoły. Później tylko czekać aż przyprowadzi do domu dziewczynę i oznajmi, że się wyprowadza. Ciężko pojąć.

Póki mam go jednak na wyłączność (i co najmniej raz dziennie marzę, aby się wyprowadził ;)), to jak co roku szykujemy słodkości i przyjmujemy gości. Nie opanowałam jeszcze sztuki pieczenia wegańskiego biszkoptu, więc zamiast tortu stanęło na jagielniku. Musiał być z Oreo, a dużo Oreo plus kremowa masa = sukces. Jeśli jeszcze nie próbowaliście, to serdecznie polecam, robiłam wg tego przepisu, ale z większą ilością ciastek.

Do tego przesłodkie banoffee podawane w szklankach, połączenie orzechowego karmelu, banana i kokosowej śmietanki zadowoli największego łasucha, a do tego jest banalne w przygotowaniu. Przepis tutaj.

Jako dodatek na szybko ukręciłam muffiny, które zawsze wychodzą (klik). Aktualnie używam do nich mleka roślinnego i nie zawsze dodaję jajko, a nie zdarzył się zakalec. Tym razem do środka dodałam dropsy z ciemnej czekolady. Przy okazji dorzuciłam na blachę ciasto francuskie pokrojone z małe kwadraty, posmarowane miodem.

Solenizant samodzielnie wybiera prezenty, ale muszę przyznać, że w tym roku okazał się bardzo rozsądny i zażyczył sobie same fajne rzeczy, a nie jednorazowe fanty. Pudło Clics, PlayDoh Dentysta i Twister, z którego mamy chyba jeszcze większą radochę niż on.

Westwing Home & Living