KUCHNIA

Poranna rutyna

Rutyna 
«postępowanie lub wykonywanie jakichś czynności według utartych schematów»

Wstawanie przed wschodem słońca nie należy do naturalnych czynności i o ile latem jestem typem skowronka i nie potrafię dłużej pospać, to teraz ciężko mi się zrywać wraz z dźwiękiem budzika. Nie ma jednak lekko, bo obowiązki wzywają i trzeba odkleić głowę od poduszki. Piszę to z perspektywy mamy, która odprowadza dziecko do szkoły, więc muszę ogarnąć się do wyjścia z dwoma chłopcami i gdyby nie pewien schemat poranka codziennie byłabym wkurzona i działalibyśmy w chaosie. Chciałabym być zrelaksowanym człowiekiem mimo, że nie budzą mnie promienie słońca nieśmiało wdzierające się przez okno, a z kuchni nie dobiega zapach świeżo zaparzonej kawy. To jest Sparta!

6.45

wstaję, zaraz za mną biegnie kocia gromada i pies, więc włączam czajnik i muszę je nakarmić zanim mnie zjedzą. Do jednej szklanki wlewam gorącą wodę, którą dopełniam zimną z dzbanka, żeby wypić od razu, bo czekając aż ostygnie na pewno zapomnę. W drugiej zaparzam kawę, o niej nie zapominam, nawet gdy w kubku zostaje ostatni łyk. Wodę piję albo samą albo z odrobiną soku z cytryny, miodem, ogórkiem, wolna wola. Do tego nauczyłam się stosować olej lniany – duża łyżka raz. Nie robiłam tak od zawsze, ale widzę, że żadne kosmetyki nie działają tak jak odpowiednie nawodnienie skóry i od tego powinna zaczynać się pielęgnacja. Używam dużych kubków, dzięki czemu łatwiej jest mi wypić zalecaną ilość płynów.

7.00

na palcach kieruję się do łazienki, żeby nie obudzić potworów i w spokoju ogarnąć twarz. Przemywam skórę płynem micelarnym, nakładam serum z witaminą C (klik), w razie potrzeby wklepuję kilka kropli dowolnego olejku wymieszanego z kwasem hialuronowym, dzięki czemu błyskawicznie się wchłania. Ostatnio używam też olejku od Nuxe i choć miałam obawy, bo jest mocno perfumowany, to pod makijaż sprawdza się świetnie.  Maluję się migusiem – używam kosmetyków mineralnych od Lily Lolo i wystarczy mi odrobina podkładu i korektora plus róż. O szczegółach pisałam tutaj. W końcu nie mam już problemów z zaskórnikami i mogę się skupić na innych kwestiach – przebarwienia, jędrność skóry, zmarszczki, samo się nie zrobi.

7.15

należałoby się ubrać. Wróciłam do nawyku z czasów, gdy chodziłam do „normalnej” pracy i przygotowuję się wieczorem. Mimo, że nie wskakuję w wymyślne zestawy, to nawet dres lepiej mieć czysty i wyprasowany niż w pośpiechu wygrzebany z szuflady. Tym bardziej, gdy kilka godzin spędzacie poza domem i nie ma opcji na przebranie się, to warto sobie taki system wprowadzić. Na szybko przychodzą do głowy nie najlepsze pomysły, a po co się później męczyć w źle dobranych ubraniach.

Jeśli zostanie mi kilka dodatkowych minut, to staram się coś przeczytać (nie pudelka!) i w spokoju dopić kawę. Nawet kilka zdań inspirującej książki pozwala się lepiej nastroić. Dopiero wtedy budzę dzieciaki i mam pół godziny, żeby wypakować ich z piżam.

To niby nic specjalnego, ale nie zastanawiamy się na co dzień nad każdą czynnością, a nawet mała zmiana może przyczynić się do poprawy komfortu życia. W najbliższych dniach chciałbym jeszcze zrezygnować z kawy i wypić ją dopiero do śniadania, które jem po zaprowadzeniu Antka do szkoły i poświęcić chociaż 5 minut na szczotkowanie ciała.

Ciekawa jestem jak Wy zaczynacie dzień i co pozwala Wam sprawnie w niego wkroczyć? 

Fasolowe brownie z kremem czekoladowym

Moi Drodzy odnalazłam w końcu idealny przepis na obiad dla słodyczoholików! Zarówno fasola, z której zrobione jest ciasto, jak i ziemniak, na bazie którego postał krem, to przecież składniki używane głównie do dań wytrawnych. Co za tym idzie są pełne wartości odżywczych i witamin, a zrobienie z nich deseru będzie świetnym rozwiązaniem dla osób, dla których jest on ulubionym posiłkiem.

BROWNIE Z FASOLI

Samo w sobie mnie nie zachwyca, ale biorąc pod uwagę, że nie ma w nim ani grama mąki i cukru, jestem w stanie mu wybaczyć średnie walory smakowe. Można je podkręcić dorzucając do środka orzechy czy żurawinę albo zjeść z domowym dżemem, wtedy zdecydowanie nadrabia. Przepis, najłatwiejszy jaki znalazłam, pochodzi stąd. 

  • 2 szklanki ugotowanej fasoli lub 2 puszki gotowej wypłukanej i osuszonej
  • 2 dojrzałe banany
  • 3 jajka
  • 3 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • ew. coś do dosłodzenia – miód, ksylitol, cukier kokosowy

Wszystkie składniki blendujemy i pieczemy w keksówce – 180 stopni na ok.50 minut, do suchego patyczka.

Ciasto nie wyrasta za bardzo, w konsystencji jest mokre i nieco zakalcowate, ale taki jego urok.

NUTELLA Z BATATA 

Próbowałam różnych opcji na oszukanie dzieciaków i zrobienie domowego kremu czekoladowego – tylko ten został zaakceptowany.

  • batat
  • tabliczka gorzkiej czekolady (czasem daje pół tabliczki i trochę kakao)
  • 3 łyżki masła orzechowego
  • łyżka oleju kokosowego
  • szczypta soli

Batata gotujemy do miękkości (obrany i pokrojony w kostkę). W garnku rozpuszczamy olej kokosowy i czekoladę. Wszystkie składniki blendujemy razem.

Przepis pochodzi z mojego ulubionego roślinnego bloga – Veganbanda.


Kroimy sobie kawałek i smarujemy od serca kremem. Połączenie miękkiego wypieku i słodkiego musu to absolutnie wspaniałe połączenie, które rozpływa się w ustach. Zdrowie najważniejsze, więc jedzcie do oporu ;) Mnie najbardziej smakuje po schłodzeniu w lodówce.

Obiad w 15 minut – zupa miso

Nigdy nie byłam fanką rosołu i nawet najlepiej przygotowany nie jest czymś, za czym mogłabym tęsknić na bezmięsnej diecie. Wywar z warzyw też nie należy do moich faworytów, natomiast jeśli zabrakłoby w mojej lodówce pasty miso, byłoby mi trochę smutno. Zupa z jej udziałem, to zdecydowanie mój ulubiony bulion i zarazem ‚comfort food’ – szybki w przygotowaniu, pełen smaku i wartości odżywczych.

POTRZEBUJEMY: 

  • litr wody
  • makaron – używam chow mein albo soba
  • pasta miso, u mnie shiro – najdelikatniejsza, ale też najmniej wartościowa
  • garść glonów, aktualnie mam wakame – można użyć też bulionu dashi, ale zawiera suszoną rybę i nie jest wegetariański
  • dodatki wg uznania, u mnie dziś:
  • tofu wędzone podsmażone z sosem teriyaki i sezamem
  • gotowane jajko
  • gotowana marchewka
  • plastry awokado

Podane składniki wystarczą na 3 solidne porcje.

PRZYGOTOWANIE

Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie dodatków, a tu macie naprawdę duże pole do popisu i możecie dorzucić swoje ulubione smakołyki. Sama zupa to kilka minut.

Po kilku próbach wypracujecie sobie najlepszy dla siebie system, ja Wam mogę tylko podpowiedzieć jak procedura wygląda u mnie.

Do garnka wlewam litr wody i gotuję w nim pokrojoną w plastry marchewkę wraz z garścią glonów. W międzyczasie przygotowuje makaron, gotuję jajka i podsmażam pokrojone w kostkę tofu. Wyłączam gaz, dodaję do wywaru pięć łyżek pasty miso i dokładnie mieszam. Wszystkie składniki układam w miskach i zalewam bulionem.

Do bulionu można dodać odrobinę sosu sojowego lub chilli jeśli lubicie bardziej intensywny smak. Nazwy produktów na początku brzmią tajemniczo, ale nie zrażajcie się, nie są trudno dostępne. Podczas tygodnia azjatyckiego w Lidlu można dostać nawet gotowca w postaci saszetek z pastą i glonów z dymką.

SMACZNEGO!

Westwing Home & Living