KOSMETYCZKA

Magiczny składnik / spirulina

Na pewno co jakiś czas trafiacie na odkrywcze artykuły mówiące o „superfoods”, które mają niesamowite właściwości i wspaniały wpływ na zdrowie i urodę. Pędzicie do sklepu ze zdrową żywnością, jecie przez kilka dni i nic. Cudów nie ma i nawet najbogatsze w wartości odżywcze produkty nie są w stanie przynieść spektakularnego rezultatu. Tym razem też tak nie będzie, więc nie miejcie do mnie pretensji, ale obiecuję, że jeśli codziennie będziecie dbać o to co jecie i dodacie do tego magiczne składniki, to poprawa jakości życia jest nieunikniona.

SPIRULINA 

To mikroalga, która stanowi idealne uzupełnienie diety wegańskiej. Jest bogata w białko, żelazo, wapń i fosfor, a także beta-karoten i witaminę B12, choć nie można mieć 100% pewności co do jej przyswajalności. Rekompensatą może być jednak fakt, że zawarty w niej chlorofil doskonale oczyszcza krew, tym samym reguluję pracę jelit i usprawnia transport tlenu. Fantastyczna sprawa.

Przyznam, że nie zażywam jej regularnie, ale mam mocne postanowienie poprawy, bo mimo charakterystycznego smaku i zapachu lubię ją w koktajlach. Dzieci również są zainteresowane zielonym płynem, a Kostek aż się trzęsie, aby spróbować. Miksturę przygotowuję w zależności od posiadanych składników i nie ma tu ograniczeń, mój ulubiony zestaw to:

  • 1-2 łyżeczki spiruliny
  • banan lub brzoskwinia
  • pół jabłka lub gruszki
  • garść pietruszki
  • sok jabłkowy lub pomarańczowy

 

Myślicie, że to koniec? Nic z tych rzeczy!

Spirulinę najbardziej lubię jednak za to, co robi z moją cerą. Przygotowana z niej maseczka daje natychmiastowy efekt i na pewno też ją pokochacie. Łagodzi podrażnienia, zwęża pory i oczyszcza skórę z niedoskonałości. No i wygląda się jak Shrek, mnie to cieszy.

Wystarczy pół łyżeczki wymieszać z wodą/hydrolatem/jogurtem i nałożyć na jakieś 20 minut. Potem tonik i lekki krem, a poprawa wyglądu gwarantowana. Ja używam jej podczas kąpieli, więc para wodna nie dopuszcza do wyschnięcia, w innych warunkach warto mieć pod ręką mgiełkę (tutaj mój przepis, aktualnie hydrolat różany zastąpiłam oczarowym) albo wodę termalną, żeby nie siedzieć ze skorupą.

Mam nadzieję, że Was przekonałam i włączycie tego śmierdziuszka zarówno do diety jak i pielęgnacji. Spory wybór magicznego proszku znajdziecie w sklepie biogo, który ufundował moją paczkę. Wasze zdrowie!

Wpis we współpracy z

 

Franck Provost / krem cc do włosów

Kremy bb czy cc do twarzy już na dobre zadomowiły się na łazienkowych półkach. Sama jestem ogromną fanką i podkład zamieniłam na krem Missha, ale krem cc do włosów to była dla mnie totalna nowość.

muszla / kolczyki / wachlarz

Dostałam go od mamy, bo sama nie śledzę wszystkich nowinek i pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi w drogerii. Wielu urocze opakowanie zachwyca, mnie odwrotnie i różowe serduszko nie zachęciłoby mnie do zakupu, ale że jestem dziwna wiadomo nie od dziś. Cieszę się jednak, że spróbowałam, bo niewiele kosmetyków daje na moich włosach jakikolwiek efekt. Mimo, że ich nie farbuję i nie mam nawet lokówki, to i tak są suche. Puszące się końce, to moja zmora i już nawet nie liczę, że będę miała taflę jak z reklamy. Po tym kremie wyglądają na ogarnięte i nie straszę snopkiem siana. Wystarczy odrobinę rozetrzeć w dłoniach i nałożyć od nasady. Mam sporo bejbików, a on je wygładza i przykleja do reszty włosów, nie sprawia jednak, że są tłuste, ale zdrowo błyszczące. Końcówki również wyglądają o niebo lepiej, więc na włosach mniej porowatych niż moje na pewno efekt jest zachwycający. Odstraszać może jedynie cena (52,99), ale można upolować go w promocji, a jest bardzo wydajny. Mam go od kwietnia, jeszcze sporo zostało w tubce, więc nawet na ultra długich puklach pół roku użytkowania to minimum. Naprawdę świetny produkt, polecam :)

 

Domowe kosmetyki / mgiełka różana

Chciałoby się zacząć, że coraz cieplej i dni coraz piękniejsze, więc odświeżająca mgiełka będzie idealnym kompanem podczas słonecznych chwil, no ale z tym muszę się jednak trochę wstrzymać. Na szczęści produkt z dzisiejszego przepisu sprawdzi się przez cały rok i nie trzeba czekać do lata.

Przepis zaczerpnęłam z bloga Czarszki i dopasowałam do składników, które miałam w domu.

Po tym wpisie dostałam sugestię, że warto byłoby do listy dodać także hydrolat i było to trafne spostrzeżenie. Od jakiegoś czasu miałam w lodówce różany i nie bardzo wiedziałam do czego go zużyć, ale pogrzebałam i znalazłam dla niego zastosowanie. Sam również można stosować jako tonik lub dodawać do maseczek zamiast wody, ale mam jeszcze ziołowy od Jan Barba, a naturalnych surowców nie można przetrzymywać w nieskończoność. Zrobiłam więc mgiełkę, którą spryskuję twarz i był to strzał w dziesiątkę (bez skojarzeń:D).

Przygotowanie jest bardzo proste – wlewamy po kolei wszystko do butelki z atomizerem (u mnie 100ml) i mieszamy. Już.

Składniki:

Opcjonalnie można dorzucić żel z aloesu albo glicerynę roślinną.

Kiedy i jak używać? Świetna jest rano, po oczyszczeniu twarzy taki zimny prysznic pozwala się dobudzić. W ciągu dnia (z daleka psikam też na makijaż) dla odświeżenia i nawilżenia buzi. Wieczorem pod olejek, który powinno się nakładać na wilgotną skórę albo zamiast toniku – można poczekać aż wyschnie albo delikatnie przetrzeć wacikiem. Dekolt czy włosy również nie obrażą się za odżywczą mgiełkę.

Przechowujemy w lodówce, ale nie ma problemu, żeby wrzucić ją do torebki wychodząc – pamiętajcie tylko, żeby nie leżała tam zbyt długo i schłodźcie po powrocie :)

Westwing Home & Living