KOSMETYCZKA

Kosmetyki mineralne Lily Lolo

Na pewno dobrze wiecie, że znalezienie idealnych kosmetyków do makijażu do nie lada sztuka i nie bez powodu producenci ścigają się w tworzeniu nowych „lepszych” propozycji, a my licząc, że to w końcu będzie to i na wieki testujemy te wszystkie cuda. Może być to forma rozrywki, ale ja jak tylko trafię na coś, co mi służy trzymam się tego i nawet nie mam ochoty rozglądać się za nowinkami. Do tej pory używałam takiego zestawu (klik) i pewnie byłoby tak dalej, gdyby nie możliwość przetestowania minerałów od Lily Lolo dostępnych w sklepie Costasy. 

Przyznam, że miałam krótki epizod z naturalną kolorówką innej marki, nie chcę robić antyreklamy, bo na pewno rzesza kobiet jest zadowolona, ale u mnie skończyło się klapą, bo miałam na buzi tapetę, która na dodatek zupełnie nie współpracowała ze skórą i po kilku godzinach warzyła się i ciemniał. Być może była to wina złej aplikacji czy stanu mojej cery, nie wiem, ale nie po to nakładam makijaż, by gorzej wyglądać i zrezygnowałam z dalszych prób.

Było mi trochę szkoda, bo od dawna przykładam się do pielęgnacji i trochę mija się z celem nakładać później na cały dzień silikon, ale dopóki nie zaczęłam używać Lily Lolo byłam sceptycznie nastawiona. Wydawało mi się, że coś za coś, albo natura albo trwały i ładny make up, a jednak można mieć wszystko.

Przed nałożeniem makijażu oczywiście należy odpowiednio zadbać o skórę, bo to jak będzie wyglądał, w dużej mierze zależy od stanu skóry. Jeśli jest przesuszona albo bardzo zanieczyszczona, wiadomo, że cudów nie ma i kolorówka tylko na chwile zamaskuje problem, a często nawet go pogorszy. Zatem zaprawdę powiadam Wam, najpierw pielęgnacja, potem zdobienia. Codziennie rano przemywam twarz tonikiem, następnie nakładam serum z witaminą C, a na to olej wymieszany z odrobiną kwasu hialuronowego. Wchłania się szybko, więc właściwie po chwili mogę przejść do nakładania kosmetyków.

A co wybrałam z oferty? Już mówię:

  • podkład w kolorze Candy Cane – mam jasną cerę i nie znoszę żółtych tonów, więc znalezienie odpowiedniego koloru nie zawsze kończyło się sukcesem. Tu jednak udało się za pierwszym podejściem i idealnie się zgrywa – dekolt mam opalony, twarz bladą, a tak się fajnie wtapia, że nie ma dużego kontrastu. Nie ciemnieje w ciągu dnia, nie zbiera w zmarszczkach i porach. Krycie zależy od ilości nałożonych warstw i można je sobie stopniować. Ja nie lubię totalnie jednolitej skóry, więc nakładam jedną cieniutką, na to korektor i jeszcze jedna cienka warstwa. Obawiałam się też trochę pudrowego wykończenia, bo wolę rozświetloną, nawet nieco błyszczącą skórę niż mat, ale mimo sypkiej konsystencji po nałożeniu robi się kremowy. Jak jeszcze spryska się na koniec twarz mgiełką czy nawet samym hydrolatem, to w ogóle nie widać, że ma się na twarzy podkład.

  • korektor Blush Away – lekko zielonkawy do ukrycia zaczerwienień. Wcieram pod oczy i na policzki, gdzie mam trochę naczynek, ale bez problemu można go nałożyć na całą twarz jeśli macie więcej do ukrycia, bo koloru nie widać, a chowa co trzeba. Na niego to jak pisałam wyżej nakładam jeszcze podkład, żeby wyrównać makijaż.
  • pędzel Kabuki – bez wątpienia łatwość aplikacji jest jego zasługą. Jest bardzo miękki i przyjemny w użyciu, nie podrażnia i nie robi plam, co może się zdarzyć, gdy włosie jest sztywne. Naprawdę warto sprawić go sobie w zestawie, żeby uniknąć rozczarowań.

  • róż prasowany Naked Pink – z jednej strony chłodny róż, z drugiej jaśniejszy rozświetlacz, który nakładam na szczyty kości policzkowych i czubek nosa. Mocno napigmetowany, więc trzeba uważać, bo ja tak się wczułam w robienie zdjęć, że troszkę przesadziłam i cały dzień chodziłam zawstydzona. Mam jeszcze próbkę sypkiego różu w kolorze Surfer Girl super, wystarczy odrobina, aby nadać policzkom zdrowy rumieniec. Przy następnych zakupach sprawię sobie jeszcze pędzel, bo wydawało mi się, że mój jest miękki, ale jednak się myliłam i z dedykowanym uniknę plam, nawet jak się zagadam.
  • kredka do brwi Medium – na szczęście wyrosłam z dorysowywania sztucznych kresek i ograniczałam się tylko do przeczesania włosów. Jednak czasami nie układają się jak trzeba i robią się nieładne luki, więc delikatna kredka się przydaje. Daje naprawdę naturalny efekt i nawet niewprawna ręka sobie poradzi. Kilka kresek w przerzedzonych miejscach, szczoteczka i gotowe.

  • puder sypki Translucent Silk – wykańcza i utrwala cały makijaż. Wybrałam bezbarwny, bo jak wspominałam nie akceptuje na sobie zółci, a kolor podkładu bardzo mi odpowiada i nie chciałabym tego popsuć.
  • pomadka Parisian Pink – naturalny lekko różowy odcień. Nawilża, podkreśla i dzięki błyskowi optycznie powiększa usta. Nie jest bardzo trwała, ale dla mnie to akurat atut, bo unikam szminek, które tworzą skorupę albo co gorsza wycierają się stopniowo tworząc nieestetyczny kontur. Działa jak balsam pielęgnujący i można ją nałożyć kilka razy w ciągu dnia bez patrzenia w lustro.

Od ponad dwóch tygodni nie używam żadnych innych kosmetyków do makijażu i jestem zachwycona!

Wiosenny blask / rozświetlacze MAC

Jak to dobrze, że Was mam! Pod wpisem o moich niezbędnikach makijażowych (klik) Justyna poleciła rozświetlacz z MAC i bardzo się cieszę, że go zamówiłam. Udało mi się nawet trafić na 20% rabat, więc aby za dużo nie zaoszczędzić dobrałam sobie do niego jeszcze krem, który sprawdził się równie dobrze w nadaniu cerze „glow”.

MAC Cream Colour Base / Hush – kremowa formuła, delikatny brzoskwiniowy kolor, blask bez drobinek. Nanosząc go na policzki czy czubek nosa uzyskujemy wrażenie muśniętej słońcem nawilżonej skóry. Myślę, że na opalonej twarzy efekt będzie jeszcze fajniejszy. Dla mnie jedyny minus to zbyt ciepły odcień, ale na niego nanoszę jeszcze odrobinę różu i jest w porządku. Następnym razem skuszę się na kolor Shell, bo sam produkt świetnie się rozprowadza i wtapia w skórę, a na naturalnym wykończeniu najbardziej mi zależało.

MAC Strobe Cream / Pinklite  – polecany jako krem nawilżający, ale nie wyobrażam sobie stosować go na całą twarz, po czym jeszcze nałożyć BB. Za to punktowo jako rozświetlacz – super! Tutaj już kolor jest chłodny, wręcz metaliczny, więc nie można przesadzać, bo zdrowa skóra nie mieni się jak benzyna. Do kupienia także w Douglasie.



Mam jeszcze ochotę wypróbować polecony przez Weronikę Benetint – już kiedyś się nad tym zastanawiałam, bo najczęściej używamy różu czy bronzera, a przecież zarumieniona skóra w przypadku słowiańskiej urody się czerwieni i właśnie ten kolor powinien dać najbardziej zbliżony do natury efekt. Szukałam nawet chłodnego czerwonego „różu”  w kamieniu, ale niewiele marek ma takie w swojej ofercie. Używałyście?

Codzienny makijaż

Cześć Kochane, dostaje tyle pytań o mój makijaż, że postanowiłam zrobić na ten temat osobny wpis, żebym nie musiała za każdym razem odpowiadać, tylko do niego odsyłać.

Żartuuuję, nikt nie pyta, ale sama uznałam, że kosmetyki, których używam są na tyle spoko, żeby je polecić. Może są lepsze, nie wiem, zupełnie nie mam potrzeby eksperymentować i testować, bo lepsze jest wrogiem dobrego i jak coś mi służy, to się tego trzymam. Jak widzicie nie ma tego dużo, ale zadaniem makijażu jest delikatne podkreślenie urody, nie rysowanie sobie nowej twarzy, więc dla mnie to optimum – wyglądam okej, ale nie jestem zmalowana. Odzwyczaiłam się już nawet od tuszowania rzęs, gdzie kiedyś nie wyobrażałam sobie, aby wyjść z domu z niepomalowanym okiem. Teraz wydaje mi się, że sztuczny wachlarz dodaje lat i obiera urok, ale to pewnie kwestia tego, że nie mam już 20 lat ;)

BB Missha Perfect Cover  – uwielbiam go. Za nic nie wróciłabym już do klasycznego mocno kryjącego podkładu, choć ten krem jak na BB  kryje całkiem dobrze po nałożeniu dwóch warstw. Nie tworzy za to płaskiej maski, cera jest zdrowo błyszcząca, a w ciągu dnia nie zbiera się w porach itd., tylko wchłania w skórę. Mieszam ze sobą dwa kolory: najjaśniejszy 13 i średni 23, bo nr 21 który powinien być pomiędzy ma ziemisty kolor i inną konsystencję. Nie wiem dlaczego tak jest, ale wygląda sztucznie, jakby było tam więcej silikonu i nie wtapia się tak dobrze jak inne kolory. Jeśli jeszcze nie próbowałyście to serdecznie polecam, szczególnie teraz po zimie, gdy makijaż będzie bardziej rozświetlony. Trzeba tylko nauczyć się go nakładać, wklepany palcami w nawilżoną twarz wygląda najlepiej.

Mac Power Blush Satin / kolor Well Dressed – zdradziłam z nim moich dotychczasowych faworytów z Bourjois, nie żałuję. Róż jest mocno napigmentowany, ale nie ma żadnych drobinek przez co wygląda naturalniej i tworzy na policzkach zdrowy rumieniec. Utrzymuje się dość długo, nie robi placków, jest wydajny, a opakowanie duże, więc cena tylko na pierwszy rzut oka wydaje się wygórowana.

Konturówka Inglot / kolor 74 – nieco ciemniejsza niż naturalny kolor ust, ale nie na tyle mocno, aby dominowała twarz. Maluję nią zarówno kontur, jak i środek ust i dzięki plamie koloru nie wyglądam rano jak zombie. Nie jest wybitnie trwała, ale odcień na tyle mi pasuje, że jestem w stanie jej to wybaczyć.

Balsam do ust diy – nie mam lepiej nawilżającej pomadki, serio. Jednak smaruję nim nie tylko usta, ale też brwi, szczyty kości policzkowych i czubek nosa. Lekki blask, bez brokatu.

To tyle, 5 minut i można wyjść do ludzi. Jestem ciekawa ile kosmetyków to Wasze minimum i co zawsze macie w kosmetyczce?

 

Westwing Home & Living